Websites

robrac

Tak, muszę się przyznać, jestem nauczycielem. Przychodzi mi to z pewną trudnością, bo słowo to, w pewnych kręgach, staje się powoli synonimem określeń typu frajer, niedorajda, popychle, pajac, dziwak, a nawet półgłówek i nierób, że wymienię tylko te delikatniejsze. W gronie znajomych staram się nie rozmawiać na tematy zawodowe, żeby nie wywoływać na ich twarzach wyrazu konsternacji i uśmieszków politowania. Jeszcze się swojej profesji nie wstydzę, ale nie chcę, mówiąc językiem swych wychowanków, przy takich okazjach robić przypału, ani obciachu, wzbudzać niepotrzebnych emocji, prowokować jałowych dyskusji. Rzeczywistość mojego zawodu wydaje się niektórym nieskomplikowana. Po jej odcedzeniu z gęstego sosu posłannictwa i „niesienia kaganka”, dla sporej liczby niegłupich, wydawałoby się, ludzi (wystarczy poczytać sondaże, listy do gazet, fora internetowe itp.) jestem leniwym frajerem, który, za pieniądze niewiele większe od zasiłku dla bezrobotnych, zgodził się uczyć dzieci, pracując 18 (sic!) godzin w tygodniu.

Muszę przyznać się do wszystkiego. W pewnym sensie, jestem nauczycielem z przypadku. Nigdy nie było moim celem nauczanie „masowe”, bo zawsze zdawałem sobie sprawę z jego ograniczeń. Zaczynałem od zajęć indywidualnych, które zresztą kontynuuję, nie chcąc myśleć na lekcjach o niezapłaconym rachunku za życie. Przyznaję, że, na początku, nie bardzo wiedziałem, na czym ten zawód polega. Do dziś kilka rzeczy mnie zdumiewa. Ale mi się spodobało. Były wzloty i upadki. Nabrałem doświadczenia i czegoś niedostępnego licznym przedstawicielom profesji – niezbędnego dystansu do misji. W swojej pracy staram się kierować zdrowym oportunizmem, tj. wykorzystywać każdą okazję do pokazywania dzieciakom, jak działa świat, niezależnie czy dotyczy to „mojego” przedmiotu, retikulum endoplazmatycznego, czy geografii Chin. Mimo to, nie sądzę, by moja praca mogła mieć charakter uniwersalny i trafiać do każdego. Zdaję sobie z tego sprawę i, pracując w szkole publicznej, płacę za to wysoką cenę. Nie wyobrażam sobie jednak, bym mógł z takiej postawy zrezygnować – „przerabianie podręcznika” odbierałoby tej pracy jakikolwiek sens, bo w końcu ten ekonomiczny jest raczej znikomy.

Przez dziewiętnaście lat uczyłem języka angielskiego w jednym z gimnazjów publicznych w Łodzi, które, choć wykonywało kawał dobrej, nauczycielskiej roboty, komuś bardzo przeszkadzało. Ostatnio pracuję w liceum. Wydaje mi się, że zainteresowanie istotą i funkcjonowaniem edukacji stało się dla mnie kwestią natury czysto profesjonalnej, już od dawna nie bardzo odróżniam życie zawodowe od prywatnego.